Box edukacyjny

Tu udostępniamy wiedzę - teoretyków i praktyków. Dla uczniów i nauczycieli.

Transformacja mediów> Sztuka informacji> Odbiór i tworzenie przekazów medialnych> Sztuka prezentacji i debaty> Film> Media publiczne> Czy wiesz że? (archiwum)> Pokój nauczycielski - inspiracje dydaktyczne> I edycja - Testy pierwszego etapu> I edycja - Testy drugiego etapu> I edycja - Broszura edukacyjna> II edycja - pytania i tematy> III edycja - pytania i tematy> IV edycja - pytania i tematy> V edycja - pytania i tematy>

Warsztat filmowca. Credo

Andrzej Titkow

Film narodził się ponad sto lat temu, w ostatniej dekadzie XIX wieku, w czasach "pary i elektryczności", naukowego entuzjazmu i wielu ważnych odkryć. Dwaj bracia, francuscy chemicy, Auguste i Louis Lumiere dokonują wiekopomnego, jak się potem okaże, wynalazku. 13 lutego 1895 roku zostaje opatentowany kinematograf, urządzenie, które pełni funkcję kamery filmowej i zarazem projektora. 19 marca 1895 roku, genialni bracia realizują swój pierwszy film, przedstawiający wyjście robotników z fabryki ich ojca w Lyonie. Do kręcenia filmu używają powlekanej substancją światłoczułą, papierowej taśmy perforowanej.

Można tu, dla porządku, dodać, że bracia Lumiere nie byli pierwsi. Ubiegł ich wielki wynalazca amerykański, Thomas Alva Edison, który już w roku 1892 opatentował swój kinetoskop. Edison użył także jako pierwszy taśmy celuloidowej, tej samej, która używana jest w filmie po dziś dzień. Jednak w tym wyścigu wygrali bracia Lumiere.

28 grudnia1895 roku w podziemiach paryskiej Grand Cafe odbył się pierwszy publiczny pokaz filmowy. Bracia Lumiere zaprezentowali tego wieczoru cała swoją dotychczasowa twórczość, czyli dziesięć bardzo krótkich, bo około minutowych filmików, a wśród nich "Wyjście robotników z fabryki Lumiere", "Wjazd pociągu na stację w La Ciotat", "Oblany ogrodnik", "Śniadanie dziecka", "Kąpiel w morzu". Tego dnia narodziła się kinematografia. Także od razu, przy okazji niejako, pojawiły się podstawowe gatunki filmowe. I tak, jeśli "Oblanego ogrodnika" nazwać można pierwszym filmem fabularnym, tak "Wyjście robotników..." uznać należy za pierwszy film dokumentalny. Ten pierwszy seans filmowy był wydarzeniem niezwykle skromnym, trwał około 20 minut. Uczestniczyło w nim 35 widzów. Dochód wyniósł 32 franki. Ukazały się dwie recenzje prasowe, w tym jedna entuzjastyczna. Zarówno pokaz jak i sam wynalazek wzbudziły umiarkowane zainteresowanie. Młodszy z braci, Louis, miał się podobno wyrazić, że jest to „wynalazek bez przyszłości”. Bardzo się jednak pomylił. Już w roku 1910 w Wielkiej Brytanii funkcjonowało 3 tysiące kin, w Cesarstwie Niemieckim było ich 1500, zaś do wybuchu I Wojny Światowej sale kinowe istniały już we wszystkich większych miastach naszego globu. Obaj bracia byli świadkami wielkiego triumfu swego wynalazku. Nie wiemy jednak, co myśleli na ten temat. Umarli tak, jak często pionierom się zdarza, w biedzie i zapomnieniu. 

Na początku wieku XX film był uważany za rozrywkę jarmarczną. Otaczała go atmosfera pogardy i lekceważenia. Ta sytuacja szybko jednak uległa zmianie. Wszystkie manifesty ogłaszane przez artystów awangardowych po I Wojnie Światowej nobilitują kinematograf i nadają mu status sztuki przyszłości.

W naszej epoce, w pierwszej dekadzie XXI wieku, każdego dnia, na całym świecie, sale kinowe zapełniają się. Gaśnie światło na widowni i ożywa ekran. Widzowie przeżywają wspólnie wzruszenia, patrząc na statyczne obrazy, które dzięki aparaturze projekcyjnej i bezwładności ludzkiej soczewki, wydają się ruchome. Film wciąż jest jednym z wiodących mediów. Nadal jest masową rozrywką, czyli sztuką jarmarczną, bywa jednak również sztuką wyrafinowaną. Jest perfekcyjnym rzemiosłem, ale także dobrze rozwijającym się, przynoszącym olbrzymie zyski przemysłem. Jest iluzją i rzeczywistością. Jest jawą i snem. Mówimy o filmie i mówimy filmem. Myślimy filmem i myślimy o filmie. Elementy sztuki filmowej są wszechobecne w naszej postmodernistycznej kulturze.

Grunt to temat, ale znaleźć go niełatwo

Jest taka stara, jeszcze przedwojenna anegdota. Ranną porą do producenta filmowego telefonuje jego dobry kumpel. Jest zaaferowany. Mówi: "Wiesz, stary, mam kapitalny pomysł na film". Producent, który właśnie przechodzi kryzys twórczy, z nadzieją nadstawia ucha. "Jaki jest ten pomysł" - pyta niecierpliwie. Na co kumpel odpowiada: "Siedzą dwaj Żydzi na ławce w parku i rozmawiają". Producent nie kryje rozczarowania. Nie tego oczekiwał po wiernym przyjacielu.

Podzielam to rozczarowanie. Z pewnością to jeszcze nie jest pomysł na film. Ale gdyby trochę nad tym popracować. Odpowiedzieć na kilka podstawowych pytań. Kim są obaj protagoniści, jakie są ich wzajemne relacje, co robili wcześniej, co zrobią, dokąd pójdą, gdy skończy się ich rozmowa. No i, wreszcie, o czym rozmawiają, czego dotyczy sama rozmowa, jaki jest jej nastrój, jakim emocjom podlegają rozmówcy?

Wszystko lub prawie wszystko może być tematem filmu. Tak naprawdę nie ma złych i dobrych tematów. Nie ma też, wbrew pozorom, tak zwanych samograjów. Wszystko można dowolnie spartolić i z wszystkiego, lub prawie wszystkiego, można zrobić perełkę. Liczy się umiejętność opowiadania, właściwe środki wyrazu, struktura dramaturgiczna, forma artystyczna, jednym słowem, warsztat filmowy. Brzmi to dosyć ogólnikowo i nieco zagadkowo. Ale tak naprawdę kryją się za tym stwierdzeniem same konkrety. Istnieje bowiem coś takiego, co potocznie nazwiemy językiem filmu. Czym jest ten język i dlaczego możemy w ogóle mówić o języku? Ponieważ język filmu, jak każdy język, ma swoje własne zasady i reguły. Mówiąc o filmie używamy takich pojęć jak plan i ujęcie. Mówimy o ruchach kamery i charakterystyce stosowanych obiektywów, o różnych rodzajach montażu, o rytmie scen i sekwencji. Tak więc ten tajemniczy warsztat filmowy sprowadza się do podejmowania ogromnej ilości bardzo konkretnych decyzji na każdym etapie realizacji filmu, podczas okresu przygotowawczego, zdjęciowego i postprodukcji. Wybór tematu, dokumentacja, pisanie scenariusza. A potem, już w czasie zdjęć te wszystkie szczegółowe, nużące czasami, decyzje. Gdzie postawić kamerę, jakiego obiektywu użyć, co zrobić, by ekipa dobrze pracowała. Od tych wszystkich elementów, ważnych i mniej ważnych, istotnych i pozornie błahych zależy, w gruncie rzeczy, powodzenie całego przedsięwzięcia.

Film dokumentalny - esencja

Pracuję w kinematografii od czterdziestu lat. Zajmowałem się różnymi gatunkami filmowymi, reżyserowałem także w teatrze. Od wielu lat, z różnych zresztą powodów, zajmuję się głównie filmem dokumentalnym i dlatego temu gatunkowi poświęcę tutaj najwięcej uwagi.

Film dokumentalny to jeden z gatunków kina, który, jak już wcześniej wspominałem, narodził się wraz z narodzinami samej kinematografii. Jest to gatunek różniący się wprawdzie, w sposób istotny, od filmu fabularnego, ale posługujący się tym samym, co film fabularny, językiem. Intuicyjnie odróżniamy fabułę od dokumentu. Oczywiście różnice te dadzą się zaklasyfikować. Jednym z wyróżników gatunkowych jest obecność lub brak inscenizacji. Jednocześnie doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że w filmie dokumentalnym mogą znaleźć się sceny inscenizowane, zaś w klasycznym filmie fabularnym możemy korzystać z różnych elementów "dokumentalnych". W filmie dokumentalnym ważne jest kryterium prawdy. Rozróżnienie to, w pewnym uproszczeniu, mieści się w kategoriach Prawda-Fikcja. Czujemy, że film dokumentalny opowiada o istniejącej rzeczywistości, o prawdziwych ludziach i zdarzeniach. Film dokumentalny daje także możliwość eksperymentowania, nic więc dziwnego, że właśnie twórcy dokumentalni tworzyli często awangardę sztuki filmowej. Należy też zauważyć, że kino dokumentalne służyło także, szeroko rozumianym, celom informacyjnym lub dydaktycznym. Szybko też autorytarni i totalitarni przywódcy odkryli, że kino, jako najbardziej masowy środek przekazu, służyć może manipulacji społecznej. W ten sposób film dokumentalny stał się także orężem propagandowym. Niechaj tu za przykład posłuży twórczość Leni Riefenstahl gloryfikująca Trzecią Rzeszę czy twórczość wielu dokumentalistów radzieckich, gloryfikujących system stalinowski. Propagandzie, w dużej mierze, służył też film dokumentalny w PRL i innych krajach tak zwanej "demokracji ludowej" w środkowo-wschodniej Europie. Jednak film dokumentalny, po przełomie politycznym 1956 roku zaczął też w tych krajach, a szczególnie w Polsce, odgrywać coraz większą rolę i osiągnął, z czasem, wysoki poziom artystyczny.

Mówiąc o filmie dokumentalnym będę odwoływać się zawsze do własnego doświadczenia. Nie zajmowałem się, bowiem nigdy teorią, więc wszystko, co wiem o filmie, wiem z własnej długoletniej praktyki. Spróbujmy przejść teraz, w wielkim skrócie oczywiście, wszystkie etapy pracy nad filmem. Zacznijmy od punktu wyjścia, którym jest poszukiwanie/znajdowanie tematu. Co może być tematem filmu dokumentalnego? Może nim być dosłownie wszystko. Jakieś zdarzenie albo tylko ślad materialny zdarzenia, dziennik, pamiętnik, zdjęcie lub ujęcie filmowe. Tematem może być człowiek, miejsce, gazetowa notatka lub telewizyjny news. W swej długiej drodze dokumentalisty nigdy nie szukałem tematu. To temat mnie znajdował, doganiał, żądał niejako uwagi i zaangażowania. Czasami udawało mi się zrealizować swój pomysł prawie natychmiast, niejako "z marszu", jednak znacznie częściej musiałem na realizację krócej lub dłużej czekać. To oczekiwanie trwające lata w PRL miało zawsze charakter cenzuralny. W latach 70 nie udało mi się zrobić filmu o moim ówczesnym "idolu" Marku Hłasce, bo on, po prostu, nie istniał, był, stosując nazewnictwo George’a Orwella z jego powieści "1984", "nonperson". Nie mogłem wtedy zrealizować także filmu dokumentalnego o prostytutce, bowiem ówczesny redaktor naczelny Wytwórni Filmów Dokumentalnych w Warszawie zakomunikował mi zdecydowanie, że "Nie ma w Polsce prostytucji". Jednak film "Wolny zawód", opowiadający o kobiecie uprawiającej najstarszy ponoć zawód świata, zrealizowałem niedługo potem, w roku 1981, zaś film o Hłasce pięć lat później.

W wolnej Polsce dochodzenie do realizacji trwa często równie długo, choć powody tego stanu rzeczy są zdecydowanie inne. Teraz nie chodzi o względy ideologiczne, choć i to przecież się zdarza. Natomiast zawsze, lub prawie zawsze chodzi o kasę. I to właśnie pieniądze, a ściślej mówiąc ich brak, przedłużają ten okres ciągnący się od powstania pomysłu do jego realizacji.

Jak zacząć i czego unikać

Mamy już zaakceptowany temat i nadzieję na realizację. Co dalej? Należy przystąpić teraz do dokumentacji. Poznać lepiej, głębiej temat naszego przyszłego filmu. Jeśli ma to być portret to trzeba rozmawiać z naszym protagonistą, poznać opinie na jego temat innych osób, zapoznać się ze świadectwami materialnymi, które go dotyczą, zdjęciami, filmami, artykułami prasowymi, książkowymi publikacjami.

Po zrobieniu porządnej dokumentacji możemy zabrać się za pisanie scenariusza. I od razu nasuwa się pytanie. Czy warto pisać scenariusz filmu dokumentalnego? Sam wielokrotnie się przeciw temu buntowałem. Jednak teraz, niezależnie od formalnego wymogu, jaki w tej kwestii istnieje, napisanie scenariusza wydaje mi się zdecydowanie wskazane.

W Szkole Filmowej w Łodzi nauczono mnie, że gdy piszemy cokolwiek na temat przyszłego filmu musimy odpowiedzieć, sobie przede wszystkim, na dwa podstawowe, pozornie bardzo proste, pytania, co i jak. To pierwsze, co dotyczyć będzie zawsze treści, drugie zaś, jak, powinno określać formę przyszłego dzieła, jego strukturę. Powiedzmy, że zamierzamy zrealizować film biograficzny i naszym protagonistą jest człowiek żyjący. Wiadomo przecież, że nawet w pełnometrażowym dokumencie nie możemy powiedzieć o naszym bohaterze wszystkiego. Musimy zastanowić się nad tym, co z jego biografii jest dla nas ważne i interesujące. Musimy ustalić, co jeszcze ma zawierać nasz film. Czy będą występować w nim inne postaci? Ile tych osób będzie? Czy użyjemy innych materiałów- zdjęć, fragmentów filmu, materiałów prasowych? Ile ich będzie, jak zostaną użyte? Na te wszystkie pytania znajdziemy odpowiedzi w scenariuszu.

Mamy już temat filmu, dokumentację, która umożliwiła nam napisanie scenariusza, możemy zaczynać zdjęcia. Dla mnie jest to moment magiczny. Mimo iż zrobiłem tak wiele filmów zawsze na początku zdjęć odczuwam pewien rodzaj tremy. Niezależnie od tego jak dobrze, we własnym mniemaniu, czuję się przygotowany do filmu, odczuwam tremę. Ale też następuje pełna mobilizacja, ożywczy dopływ adrenaliny. I często już pierwszy dzień zdjęciowy mówi nam o tym jaki będzie przyszły film. Bywa tak, że wszystko rusza opornie, ślimaczy się, toczy się na jałowych obrotach, ale na szczęście zdarza się również, że wszystko unosi się nagle na skrzydłach, unosi nieco nad ziemią, że wszystko jest lepsze, od najśmielszych oczekiwań.

Kiedy realizujemy film powinniśmy być maksymalnie otwarci, uważni, wrażliwi. Chodzi o to, by otworzyć drogę dla wszystkich możliwości, także tych, których dotąd nie braliśmy w ogóle pod uwagę. Trzeba nauczyć się uważnego, cierpliwego słuchania, wczuwania się w cudze położenie, jednym słowem, uruchomić maksymalnie empatię. Przydaje się naiwna ciekawość świata, zainteresowanie protagonistą i jego losem. Reżyser jest człowiekiem, który powinien mieć pewność siebie. Musi umieć nieustannie odpowiadać na niezliczone pytania. Ale powinien mieć także pewną dozę pokory. Dopiero ta swoista kombinacja pewności siebie i zarazem pokory może spowodować, że niemożliwe stanie się możliwym i uda nam się niespodziewanie odkryć zupełnie nowy, nieznany ląd.

To zupełnie oczywiste, że do zadań reżysera należy również dbanie o dobre nastroje w ekipie. Nie mniej ważne są oczywiście także relacje ekipy, szczególnie zaś reżysera, z protagonistą, bądź protagonistami filmu. Relacje reżysera z protagonistą potrafią ułożyć się bardzo różnie i, wbrew pozorom, nie zawsze jest tak, że gdy relacje są harmonijne powstaje dobry film. Zdarza się też, że interesujący film powstaje w napięciu, w konflikcie między protagonistą i reżyserem. Konflikt bywa czasem twórczy.

Warto powiedzieć jeszcze słów parę o montażu. To moment bardzo twórczy. Uważam, że film powstaje na planie, podczas zdjęć i potem w montażowni. Oczywiste jest, że jeśli czegoś zaniedbaliśmy w okresie zdjęciowym, to trudno będzie ten błąd naprawić w montażu, bowiem tak krawiec kraje, jak mu materii staje. Materią jest nasz materiał zdjęciowy, nic poza tym. Oczywiście, że coś jeszcze można dokręcić i dodać, ale zmieni to niewiele. W moim przekonaniu, praca nad filmem fabularnym zostawia mniejszy margines swobody w montażowni, niż w wypadku filmu dokumentalnego. Fabuła podporządkowana jest scenariuszowi i nie można wszystkiego zmienić dowolnie. To, co było zapisane w scenariuszu jako początek, raczej początkiem pozostanie. W filmie dokumentalnym jest inaczej. Często jest tak, że gdy siadam do montażu, wiem jedynie, jakie będzie pierwsze ujęcie tego filmu, czasem znam tylko jego zakończenie lub oba te elementy-początek i zakończenie. Nie znam jeszcze kształtu, nie widzę go dokładnie, raczej tylko przeczuwam. Potem następują kolejne wersje. Wydaje się, że możliwości ułożenia materiału jest nieskończenie wiele. Z czasem okazuje się, że już tylko kilka a wreszcie wyłania się ten jedynie możliwy, ostateczny kształt naszego filmu. Praca montażowa przypomina pracę rzeźbiarza, który odrzuca kolejne, niepotrzebne fragmenty materii, by nadać bryle właściwy kształt.

Zawód - reżyser

Podczas moich studiów w Łódzkiej Filmówce pytano mnie nieraz, dlaczego chcę zostać reżyserem. Odpowiadałem przewrotnie, że nie lubię rano wstawać i nie chcę takiej pracy, która wymagałaby ode mnie codziennego podbijania karty zegarowej. Oczywiście już wtedy wiedziałem, że prawdziwe powody są inne. Robię filmy, bo taki zawód wybrałem, to oczywiste. Ale też wiem dzisiaj, że nie jest to taka sobie, całkiem zwyczajna profesja. Nie chcę mówić, że mam jakąś szczególną misję, ale z całą pewnością, zawód reżysera filmowego różni się w sposób istotny, od wielu innych zawodów. Zauważyłem, że niezależnie od tego czy stoję za kamerą, czy pływam sobie całkiem prywatnie w Morzu Śródziemnym, jestem nieustannie w pracy. Bo nie potrafię, a może nawet nie chcę wyłączyć mojego myślenia o filmie. Tym, nad którym właśnie pracuję lub tym, którego przyszły kształt rysuje się dopiero nader mgliście.

Krzysztof Kieślowski, mój kolega ze studiów, powiedział kiedyś, że ważniejsze od pytania gdzie postawić kamerę jest pytanie, dlaczego ją stawiamy. Po latach pracy w tej profesji, przyznaję mu rację. Staram się, robiąc to, co robię, nie pomnażać istniejącego już w naszym świecie Chaosu. Staram się budować raczej niż burzyć. Mam też kilka spostrzeżeń natury ogólnej, którymi chcę się teraz podzielić. Nie zamierzam ich nikomu narzucać, ani nawet zbytnio propagować. Każdy kolejny film, który realizuję jest dla mnie przygodą poznawczą. Każda relacja z innym człowiekiem to prezent od losu. Dzięki mojej pracy dowiaduję się czegoś nowego o ludziach i świecie, poznaję jego złożoność i bogactwo. Ludzie są różni i w tym właśnie jest źródło wszelkiej twórczości, bo różnić się jest pięknie. Czuję więc, tak na własny użytek, że filmowiec, a już szczególnie dokumentalista, powinien rozwijać w sobie cnoty prostaczka. Powinien kultywować naiwne, dziecinne niejako, zainteresowanie ludźmi i światem. Nie powinien sądzić, ani oskarżać, a jedynie być uważnym, pełnym empatii świadkiem.

Andrzej Titkow - scenarzysta i reżyser filmów dokumentalnych oraz fabularnych. Wykładowca Warszawskiej Szkoły Filmowej oraz Uniwersytetu im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

Foto: filmingilman - udostępnione na licencji Creative Commons.