Box edukacyjny

Tu udostępniamy wiedzę - teoretyków i praktyków. Dla uczniów i nauczycieli.

Transformacja mediów> Sztuka informacji> Odbiór i tworzenie przekazów medialnych> Sztuka prezentacji i debaty> Film> Media publiczne> Czy wiesz że? (archiwum)> Pokój nauczycielski - inspiracje dydaktyczne> I edycja - Testy pierwszego etapu> I edycja - Testy drugiego etapu> I edycja - Broszura edukacyjna> II edycja - pytania i tematy> III edycja - pytania i tematy> IV edycja - pytania i tematy> V edycja - pytania i tematy>

Szukaj i nie daj się oszukać - o sztuce wyszukiwania i oceny informacji

Michał Horbulewicz

Zróbmy mały eksperyment. Weźmy do ręki pięć najpoczytniejszych gazet, zaplanujmy telewizyjny maraton informacyjny (na podwieczorek, a najlepiej i kolację), wejdźmy na główne strony pięciu największych portali internetowych. W każdym z tytułów czy serwisów znajdziemy multum treści – wysuniętej na czołówki i z dala od nich. Nie chcę nikomu odbierać radości odkrywania, ale już teraz ręczę, że niejedną główną informację z dowolnego medium znajdziemy w innym jako jedną z wielu. Zdarzyć się może i tak, że pierwsza będzie ostatnią. Lub na odwrót. Pół biedy, jeśli traktując o tym samym, mają podobny sens. Ale co, jeśli są ze sobą sprzeczne? Takie na pozór banalne, uczniowskie zadanie to świetny punkt wyjścia do twórczej refleksji o tym, czym jest informacja, wedle jakich kryteriów jest konstruowana i podług jakiego klucza dystrybuowana. W globalnej powodzi wiadomości te elementarne pytania zdają się zyskiwać rangę najważniejszych, a odpowiedź na nie staje się ambitnym wyzwaniem. Spróbujmy się z nim zmierzyć.

Google yourself!

Życzliwi mawiają, że nim nastała era Internetu, ruch na ulicach był większy, bo to na nich dziennikarze szukali tematów. To wyostrzone spojrzenie na zmianę, jaką przyniosło objęcie świata globalną siecią, jest jednak faktem. Od tego momentu wiele się zmieniło. Zmiany nastąpiły w pracy dziennikarzy oraz w klasycznym podziale na nadawcę i odbiorcę treści. Ewoluują międzyludzkie relacje – kontakt realny ustępuje miejsca komunikacji wirtualnej. Nie pozostaje to bez wpływu na naszą zdolność do wyszukiwania i oceny informacji. Kiedyś katalog źródeł wiadomości można było ująć w alfabetycznym spisie książki teleadresowej dziennikarza. Dziś klasyczne podejście nie uwzględnia całego wachlarza nowych zjawisk powstałych na bazie rewolucyjnych rozwiązań technologicznych, takich jak choćby wyszukiwarki internetowe, które dla jednych są wybawieniem z kłopotów, a dla innych – przekleństwem współczesności. Jeśli nie ma cię w Google, nie istniejesz. Jedną z kluczowych umiejętności, w dużej mierze czyniących dzisiaj użyteczną zdolność pisania i czytania, stało się operowanie zestawem kwantyfikatorów podczas eksplorowania zasobów Internetu. Szansę na znalezienie tego, czego szukamy, zwiększa umiejętność konstruowania schematu złożonego ze słów-kluczy i selektorów (przecinków, plusów, minusów, itp.), a nie budowanie pełnych zdań. Dr Gary Small z Uniwersytetu Kalifornijskiego mówi wręcz o pokoleniu tzw. „cyfrowych autochtonów”, czyli osób urodzonych w latach 90. XX wieku oraz później. Jego zdaniem, codzienny kontakt z technologią, taką jak komputer czy komórka, może zmienić sposób funkcjonowania mózgu. Dotyczy to zarówno relacji społecznych (samoizolacji jednostek), jak i umiejętności stricte komunikacyjnych. 

Przemianę tę widać w dynamicznie rozwijających się portalach społecznościowych – wirtualnej przestrzeni spotkań, wymiany poglądów i… uczuć. Zapewne niejeden z nas spotkał kiedyś człowieka, który przechadzał się po chodniku z reklamowymi tablicami przyczepionymi z przodu i z tyłu tułowia. Ta sytuacja świetnie obrazuje jeden z kluczowych aspektów tzw. social media, których siłą stają się ludzie – w znakomitej większości najprawdziwsi, realnie żyjący, którzy tworząc osobiste profile, stają się nośnikiem informacji. Kumulują wiadomości wokół siebie, udostępniając je zarazem innym. Ich przekaz już na wstępie ma u odbiorców (znajomych, przyjaciół z portalu) pokaźny kredyt zaufania, ergo: wiarygodności. Bo przecież „to ktoś, kogo znam, kto swoją twarzą, imieniem i nazwiskiem firmuje wobec mnie jakąś informację” – podświadomie wykluczamy możliwość, aby chciał zrobić sobie „obciach”. Czy to trafione założenie? 

Po pierwsze człowiek, po drugie - dziennikarz

Warto w tym miejscu odwołać się do kanonów dziennikarstwa, mając na uwadze to, że czerpią z uniwersalnych i sprawdzonych zasad – nie tyle wprost przekładalnych na codzienną rzeczywistość, co wychodzących z niej i spinających klamrą dwa światy (medialny i pozamedialny). Dziennikarz jest bowiem w pierwszej kolejności człowiekiem, powinien się zatem odwoływać do własnego poczucia odpowiedzialności i uczciwości; w drugiej dopiero – zawodowcem, który odwołuje się do kanonów sztuki dziennikarskiej. Konieczność częstego drukowania sprostowań godzi w wiarygodność tytułu, stąd podstawowym wymogiem wobec informacji jest jej rzeczowość i sprawdzalność. Tworząc wiadomość, rzetelny dziennikarz powinien odpowiedzieć na pięć fundamentalnych pytań: co, kto, gdzie, kiedy, jak. O kolejności odpowiedzi decyduje to, jaki charakter ma nasze doniesienie – czy, na przykład, dotyczy konkretnej osoby, czy jakiegoś wydarzenia, czy jest aktualne, wreszcie – czy jest newsem (tzn. tekstem oznajmiającym całkowicie nowe fakty), czy może przyjmujemy, że jego odbiorcy posiadają już pewną wiedzę na poruszany przez nas temat. Złotą zasadą jest firmowana przez BBC konieczność sprawdzenia uzyskanej informacji przynajmniej w dwóch źródłach. Równie jednoznaczne jest wykluczenie z wiadomości domysłów – pokusie ich umieszczenia najłatwiej ulec, odpowiadając na pytanie „dlaczego?”. To nie jest konieczne, a niesprawdzone treści są niedopuszczalne. Podkreślmy raz jeszcze siłę konkretu lub przez odwrócenie rzeczy: słabość uogólnień. Pierwsza warunkuje jakość informacji, druga ją degraduje. 

Jeden z największych magnatów prasowych w historii prasy, William Randolph Hearst zwykł powtarzać, że „informacja to jest to, co ktoś próbuje przed dziennikarzem ukryć; wszystko inne jest reklamą”. To bezkompromisowy pogląd, ale polemizuje się z nim tym trudniej, im bardziej wnikamy w istotę źródeł informacji. Za potencjalną wylęgarnię newsów moglibyśmy uznać na przykład fora internetowe, gdyby nie fakt, że autorzy wpisów w dużej mierze pozostają anonimowi, a w samej sieci bez problemu możemy znaleźć rozbudowane wątki tematyczne poświęcone temu, jak zamaskować „linie papilarne naszego komputera”, czyli jego numer IP. Anonimowość w sieci jest jak założenie maski na karnawałowym balu. Z nią przybywa nam śmiałości, najczęściej jednak ubywa też autentyczności. Fora internetowe są też przestrzenią, w której świetnie odnajdują się spece od szeptanego marketingu czy mistrzowie public relations. Przyjmując fikcyjne tożsamości, upodabniając się do swoich interlokutorów, wprowadzają do rozmowy czysto interesowne treści – popularyzując produkty reprezentowanych firm albo podejmując próbę zainicjowania różnorakich dyskusji (czasami ich zamysłem może być np. wywołanie politycznego sporu – propagandziści świetnie odnajdują się w sieciowych realiach). 

Czytelnik pisze, dziennikarz czyta

Jeszcze na początku tej dekady niezmiernie popularne było pojęcie dziennikarstwa obywatelskiego. Marek Sarjusz-Wolski pisał w roku 2000 na portalu gazetylokalne.pl: „Dziennikarze już kończą jeść własny ogon. Infostrada i potop kanałów telewizyjnych, dających relacje na żywo z każdego miejsca na Ziemi, zawlokły zawód dziennikarza w pułapkę. Dziennikarze ścigający się w tym szalonym rajdzie zapłacili wiarygodnością. Paradoksalnie, zwycięstwem może być jedynie odpadnięcie z tego wyścigu, którego celu nikt nie potrafi określić. Odzyskać zaufanie, a wraz z nim – czytelników, można jedynie poprzez powrót do pogłębionej analizy społecznej, poprzez włączenie ludzi do publicznej dyskusji i debaty”. Frapujące było obserwowanie, jak niesłychanie szybko idea dziennikarstwa obywatelskiego ustąpiła miejsca dużo prostszej formule angażowania czytelników poprzez platformy kontaktowe. Hasło „z telefonem komórkowym każdy może być dziennikarzem” zrobiło piorunującą karierę. Przesłanie zdjęcia, filmu, smsa czy mmsa daje niepowtarzalną szansę trafienia na łamy internetowej wersji gazety, serwisu telewizyjnego czy anteny radiowej. Oto czytelnik daje dziennikarzowi informację, a redakcja czytelnikowi poczytność (słuchalność, oglądalność). Jest tylko jedno „ale”: redakcje w pogoni za cytowalnością coraz częściej pozwalają sobie na łamanie reguły weryfikacji doniesień; jak gdyby licencję na wiarygodność przenosiły na odbiorcę w roli nadawcy. Problem w tym, że on sam ma dużo mniejszą siłę rażenia niż jego głos pod winietą znanej redakcji. 

Codzienna lektura gazet, słuchanie radia czy oglądanie telewizji to dla każdego dziennikarza lekcja z operowania informacją, często także lekcja pokory wobec własnego warsztatu. Niby od dawna jest ustalone, czym jest informacja, jak powinna być zbudowana, wciąż jednak zaskakująco łatwo o zażarte dyskusje na ten temat. Co ciekawe, w dobie Internetu zdobywającego kolejne światowe odludzia, to wciąż tradycyjna prasa generuje newsy. Być może dzieje się tak dlatego, że dziennikarze gazet, jako jedynego medium nieelektronicznego, mają nieco więcej czasu na wykonanie swojej roboty. Innymi słowy – na dotarcie do tylu ludzi, ilu trzeba i na solidną rozmowę z nimi. Czegokolwiek nie wymyślimy, jak bardzo nie pokochamy nowych technologii, kontakt człowieka z człowiekiem wciąż będzie podstawą rzetelnego informowania.

Michał Horbulewicz – animator, koordynator projektów w Fundacji Nowe Media, wspiera amatorów dziennikarstwa w zmaganiach z weną i żywiołem zespołowej pracy. Wcześniej dziennikarz radiowy i telewizyjny, nauczyciel akademicki i szef działu mediów w agencji PR.

Foto: European Parliament - udostepnione na licencji Creative Commons.