Box edukacyjny

Tu udostępniamy wiedzę - teoretyków i praktyków. Dla uczniów i nauczycieli.

Transformacja mediów> Sztuka informacji> Odbiór i tworzenie przekazów medialnych> Sztuka prezentacji i debaty> Film> Media publiczne> Czy wiesz że? (archiwum)> Pokój nauczycielski - inspiracje dydaktyczne> I edycja - Testy pierwszego etapu> I edycja - Testy drugiego etapu> I edycja - Broszura edukacyjna> II edycja - pytania i tematy> III edycja - pytania i tematy> IV edycja - pytania i tematy> V edycja - pytania i tematy>

Polisa od ściemy - o prasie lokalnej

Jacek Pawłowski

Praca w regionalnych i lokalnych mediach trochę przypomina tworzenie dla szkolnych pism. Ludzi, o których piszesz, spotykasz później na co dzień i na ogół są to trudne spotkania. Pozytywni bohaterowie potrafią być męczący ze swoją wdzięcznością. Negatywni pałają żądzą zemsty. Neutralni zwykle mają pretensje, że za mało się o nich napisało. Zawsze jednak trzeba pisać tak, żeby wszystkim trzem grupom móc spokojnie spojrzeć w oczy. Generalnie nie ma z tym kłopotów, pod warunkiem, że pisze się prawdę.

Przezroczyście i gościnnie 

W redakcji "Tygodnika Ostrołęckiego" nie ma recepcji, ochroniarzy, bramek pirotechnicznych i prześwietlarek bagażu. Za moich czasów było nawet tak, że przez przeszkloną elewację redakcyjnego budynku dało się z ulicy dojrzeć, co się dzieje w środku. Był to taki niewerbalny komunikat dla mieszkańców - jesteśmy dla was, nie zamykamy się, nie unikamy kontaktu. Każdy może tu wejść, podzielić się nowinami, porozmawiać, powiedzieć co mu się w gazecie podoba, a co jest źle. Zapraszamy.

Otwartość i transparentność lokalnej redakcji nie miała nic wspólnego ze sztuczkami marketingowymi. To się działo naprawdę. Lokalna gazeta, jeżeli ma być ciekawa, budzić zaufanie, musi mieć stały, ścisły kontakt z czytelnikami. Wsłuchiwać się w ich skargi, opinie i pochwały. Jeżeli wiemy czym żyją nasi czytelnicy, możemy być w miarę pewni, że na łamach odbija się prawdziwe życie regionu, a nie sprawy wydumane na redakcyjnych korytarzach czy w palarni tytoniu.

Lokalna redakcja, jaką znam i współtworzyłem, to miejsce gwarne, tłoczne i, co tu ukrywać, słabo sprzyjające skupieniu. Dzwonią telefony, przychodzą interesanci z prośbą o pomoc, przybiegają z awanturami niezadowoleni z publikacji, czasami trafi się jaka szkolna wycieczka. Jak w takich warunkach pisać teksty? Redagować gazetę? Się nie da! Trzeba było zabierać robotę do domu, albo pracować w redakcji nocami. Zresztą nocami też przychodzą interesanci - głównie najcenniejsi informatorzy, którzy skrzętnie dbają o to, aby ktoś nie przyuważył ich wchodzących do redakcji. Średnio raz na tydzień świt zastawał człowieka przy pracy.

Sensacja jak pieprz 

W kontakt z czytelnikami warto inwestować nie tylko czas i wysiłek ale również pieniądze. Bezpłatna linia telefoniczna 0-800... jest bezpłatna dla dzwoniących, ale koszt wszystkich połączeń ponosi redakcja. Jednak wartość informacji uzyskanych tą drogą jest niewymierna.

Czytelnicy czują się docenieni i szanowani, gdy ich gazeta utrzymuje taki kanał komunikacji i w 90 procentach dzwonią z ważnymi informacjami i opiniami. Pozostałe dziesięć procent to działalność kawalarzy oraz sprawy, o których wcześniej redakcja dowiedziała się z innych źródeł. Przez siedem lat nie spotkałem się z przypadkiem, żeby za pomocą bezpłatnej linii telefonicznej ktoś próbował cynicznie wpuścić nas w maliny.

Linię można również wykorzystać do dyżurów redakcyjnych - burmistrz, prezydent, poseł, wojewoda, doradca podatkowy, prawnik w określonym dniu o umówionej godzinie są do dyspozycji czytelników. Wtedy niemal zawsze telefon rozgrzewa się do czerwoności, a dyżurujący przedstawiciele władzy lub specjaliści w różnych dziedzinach wychodzą z takich dyżurów dosłownie wypompowani. Później zapisy z rozmów są bardzo chętnie czytane. Ale to nie jedyny z nich pożytek. Sprawy, z którymi ludzie dzwonią do pełniących dyżury, to istna kopalnia tematów. Wystawionych na widelcu, gotowych do podjęcia przez dziennikarzy.

To, że ludzie chcą przez telefon obsztorcować burmistrza czy posła, to rzecz naturalna i dająca się przewidzieć. Największym hitem wśród dzwoniących okazał się jednak dyżur... wróżki. Biedna kobieta przez cztery godziny praktycznie nie odrywała słuchawki od ucha, zaś telefon dzwonił jeszcze długo po zakończeniu dyżuru. Przyznam, że początkowo smuciło mnie to, bo jako dziennikarz chciałem mieć poczucie, że moje pismo jest poważne, opiniotwórcze i za takie uchodzi wśród czytelników. W końcu jednak dotarła do mnie świadomość, że odrobina magii, szaleństwa i sensacji w lokalnej gazecie jest niezbędna. Ważne tylko aby w odpowiedniej proporcji. Tego typu rzeczy są w gazecie jak przyprawy w posiłku. Nieprzyprawione jedzenie jest niesmaczne, jednak samymi przyprawami człowiek nie zaspokoi głodu.

Nie dziwisz się - zmień robotę 

Będąc dziennikarzem w terenie, trzeba bardzo się pilnować, żeby nie popaść w rutynę. Nie dzieje się tu wielka polityka. Afery i sensacje to rzadkość - są raczej aferki i sensacyjki. Pisze się o dość przyziemnych, życiowych problemach zwykłych ludzi. Trzeba robić to dobrze i ciekawie. I nieustannie dziwić się światu. Dziennikarz, który przestaje się dziwić, przestaje być dziennikarzem. Największym niebezpieczeństwem jest przechodzenie do porządku dziennego nad sprawami, które nie powinny być na porządku dziennym.

Młody reporterze, pierwszy niepokojący sygnał to gdy zaczynasz mówić "Ale to przecież normalne". Dziury w drodze? Przecież są wszędzie. Zakład pracy nie wypłacił pensji pracownikom? Ależ tak się bardzo często zdarza. Wspólnoty mieszkaniowe grodzą sobie na złość chodniki i zawłaszczają wspólną przestrzeń? W końcu dzieje się tak we wszystkich miastach, w czym problem? Jeżeli tak postrzegasz świat, lepiej poszukaj sobie innego zawodu niż dziennikarstwo.

Ktoś, kto ciągle dziwi się światu, zwykle zadaje wiele pytań, dzieli włos na czworo a to przecież nic innego jak przejawy dociekliwości - jednej z najważniejszych cech charakteru dobrego dziennikarza. Gdy stale zadajesz pytanie "A dlaczego?", często nawet prozaiczne historie okazują się dużymi sprawami, w dodatku brzemiennymi w skutki.

Sprawa dziewczynki niesłusznie posądzonej o kradzież słodyczy w supermarkecie wydawała się z pozoru niewielka - pomyłki przecież się zdarzają. Można było poprzestać na poinformowaniu, że coś takiego się zdarzyło, kierownik sklepu przeprosił, a policja umorzyła sprawę. W zasadzie nawet o czym tu pisać, skoro sprawa została załatwiona? A jednak granicząca z natręctwem dziennikarska dociekliwość i konsekwentne wypytywanie o szczegóły doprowadziły do ujawnienia, że ochrona sklepu mocno przekroczyła swoje uprawnienia. Sprawa zakończyła się procesem w sądzie. Na mocy wyroku agencja ochrony musiała publicznie przyznać się do nadużyć i przeprosić poszkodowaną poprzez zamieszczenie ogłoszenia w prasie. Wkrótce potem sklep zrezygnował z usług tej agencji.

Sprawcza siła druku 

Bywają również publikacje, które zmieniają bieg lokalnej historii, choć trafiają na łamy, nazwijmy to delikatnie, bez przesadnego wysiłku dziennikarsko-redaktorskiego.

Któregoś lata nastał tak potworny sezon ogórkowy, że nie było po prostu co wrzucić na łamy. Nie działo się kompletnie nic! Nawet z kroniki policyjnej wiało nudą. Tuż przed zamknięciem numeru w niezobowiązującej rozmowie ważny miejscowy prokurator zapytał czy nie opublikowalibyśmy listu gończego. Z rozmowy dało się jednak wyczuć, że organa ścigania niespecjalnie wierzą w skuteczność listów gończych zamieszczanych w prasie, więc i prokurator niespecjalnie nalegał. List jednak został opublikowany, Okazało się, że poszukiwany przestępca, gdy zobaczył swe oblicze na łamach, w dwie godziny po tym jak gazeta trafiła do kiosków, karnie zameldował się na policji. Dopiero po kilku miesiącach dowiedziałem się, że policjantom udało się go namówić na sypanie wspólników. Uzyskał przy tym status świadka koronnego. W ten sposób udało się doprowadzić do rozbicia zorganizowanej grupy przestępczej przez ponad dziesięć lat siejącej postrach od Ciechanowa i Ostrołęki aż po Wołomin i Ząbki.

Historia z listem gończym pokazuje jak bardzo efekty publikacji mogą odbiegać od intencji redagujących. Dlatego tak ważna jest praca redakcyjna nad tekstami, czytanie ich przez możliwie wiele par redaktorskich oczu i ciągłe zadawanie sobie pytania czy z powodu publikacji ktoś niewinny nie zostanie skrzywdzony. Banalny przykład - jeszcze jako początkującemu dziennikarzowi, jako element artykułu potrzebna była rozmowa ze stróżem nocnym. Już pisząc tekst postanowiłem oddać atmosferę tamtego spotkania słowami: "oczy stróża, mimo że przekrwione, wyrażały zdziwienie" - poszło do druku. Ileż potem chłop się musiał natłumaczyć w formie notatek służbowych na żądanie kierowników różnego szczebla dlaczego miał przekrwione oczy w pracy, to tylko on wie najlepiej. Potem jeszcze przez długie miesiące bywał niespodziewanie badany w pracy czy nic nie pił. Nie pił. Ja tylko chciałem opisać objawy jego niewyspania.

Służbowe powątpiewanie i przewidywanie 

Żeby przewidzieć skutki publikacji, ważne jest poznanie intencji informatorów. Informatorem jest każdy, kto nawiązuje kontakt z redakcją. Jeżeli np. dyrektor muzeum zaprasza na otwarcie wystawy, to wiadomo że wynika to z jego obowiązków służbowych a zamieszczenie informacji na łamach nikomu nie zaszkodzi. Kiedy jednak do redakcji przychodzi ktoś z plikiem uporządkowanych dokumentów mających świadczyć, że w danej instytucji czy firmie zawiązał się gang białych kołnierzyków, to już trzeba być bardzo ostrożnym. Ludzie często przekazują mediom informacje o różnych nieprawidłowościach tylko dlatego, że chcą komuś zaszkodzić. Smutne to, ale prawdziwe. Nie oznacza to jednak, że nie nie należy korzystać z usług takich informatorów. Należy! W takich sytuacjach dziennikarską dociekliwość i krytycyzm należy uruchomić z poczwórną siłą. Czasami bowiem okazuje się, że informator ma więcej na sumieniu niż ci, którym postanowił zaszkodzić.

Wyciąganie na światło dzienne afer i nieprawidłowości, tudzież pisanie o przestępczości jest w warunkach lokalnych mediów znacznie trudniejsze niż w ogólnopolskich tytułach. I nie dlatego, że za drzwiami redakcji nie ma ochroniarza. W małych miastach różne środowiska, które bywa że obrastają patologiami, są bardzo hermetyczne. Kontakty towarzyskie różnych wpływowych ludzi biegną w poprzek podziałów politycznych, a powiązania rodzinne w poprzek podległości służbowej, prywatne przyjaźnie i zażyłości rodzą zobowiązania do wyświadczania sobie przysług. Lokalny dziennikarz musi być niezwykle odporny na rozmaite próby perswazji i tak zwane peropozycje nie do odrzucenia aby zanadto nie interesować się jakimś tematem. Bohaterowie tekstów interwencyjnych i śledczych mają więcej do stracenia, gdy napisze o nich lokalna niż ogólnopolska gazeta. W regionie ostrołęckim lokalne pismo ma w swoim domu co druga rodzina. Codzienne gazety krajowe czytają niliczni. Z drugiej strony odporność na próby wpłynięcia by zaniechać publikacji jest rzeczą bardzo ważną dla dziennikarza i dla pisma, w którym pracuje. Wiarygodność i pozycję na rynku buduje się latami. Stracić ją można z numeru na numer.

Dziennikarzom się wierzy, politykom niekoniecznie

Wiarygodność pisma i jego pozycję na rynku buduje się jednak nie tylko drukiem. Niezwykle istotna jest działalność pozałamowa, począwszy od banalnych patronatów medialnych nad rozmaitymi wydarzeniami, a skończywszy na własnych przedsięwzięciach, które urastają do rangi najważniejszych wydarzeń w okolicy. Przykłady - długo by wymieniać. Najbardziej zapadło mi w pamięć jak przed wyborami samorządowymi w 2004 roku poprowadziłem debatę kandydatów na prezydenta miasta - debatę z udziałem publiczności. W 54-tysięcznej Ostrołęce do największej hali widowiskowo-sportowej przyszło półtora tysiąca osób, podczas gdy na spotkaniach organizowanych przez komitety wyborcze frekwencja nie przekraczała setki. Po dwuipółgodzinnym słownym pojedynku, którego publiczność słuchała z zapartym tchem, podszedł nie znany mi wcześniej młody człowiek. Podziękował za zorganizowanie debaty. Zapytałem dlaczego przyszedł, bo podobno młodzież nie interesuje się polityką, zwłaszcza w lokalnym wymiarze. Odpowiedział, że wręcz przeciwnie tylko, że ktoś musi objaśnić o co w tym wszystkim chodzi i pilnować, żeby ci panowie w garniturach nie ściemniali.

I rzeczywiście, lokalna prasa powinna objaśniać ludziom rzeczywistość i chronić przed ściemą. Kiedy przejdę na emeryturę, mediami będą rządzić dzisiejsi licealiści. Liczę tak po cichu, że gdy zagłębię się w fotelu i rozłożę przed sobą zapewne już nie drukowaną gazetę, a elektroniczną interaktywną płachtę, to nadal będę miał poczucie, że ci od tej płachty chronią mnie przed wszechobecną ściemą.

Jacek Pawłowski - przez siedem lat był sekretarzem redakcji "Tygodnika Ostrołęckiego" (1999-2006). Wcześniej pracował jako reporter, wydawca i prowadzący programy w Sekcji Polskiej BBC. Później sprawował funkcję sekretarza programowego, a następnie wicedyrektora Programu III Polskiego Radia.

Foto: tanakawho - udostępnione na licencji Creative Commons.